Justyna Kuśka

 
  
Świadomą pielęgnację skóry twarzy zaczęłam stosunkowo późno, bo zaledwie miesiąc przed 27 urodzinami. Wcześniej winą za jej zły stan obarczałam hormony, ciążę, dietę... Wszystko, tylko nie pielęgnację, na którą składało się mycie twarzy mydłem, i czasem jakiś krem. Ale na szczęście już na pierwszej grupie na temat pielęgnacji, na jaką trafiłam, polecono mi kosmetyki The Ordinary. Początkowo bałam się ich zakupu, ponieważ wszystko, co wygląda "profesjonalnie", przyprawia mnie o strach, że zrobię sobie krzywdę, albo co gorsza, zużyję w bezsensowny sposób, bez efektów, a ze stratą w portfelu.
  
  
Na szczęście produkty TO są na tyle tanie, że mogłam pozwolić sobie chociażby na testy. Jednak już po pierwszym zakupie planowałam kolejny, a teraz na liście zakupowej mam już kilkanaście pozycji. Jednak muszę nabywać je stopniowo, bo chcę poznać prawdziwe efekty, a nie rzucić się na 10 produktów na raz, które używane sporadycznie i zamiennie, mogłyby mnie tylko zniechęcić brakiem wyraźnych efektów. A właśnie jasnych i wyraźnych efektów oczekuję od kosmetyków do pielęgnacji, i mimo że jestem świadoma, że "czas goi rany" - w przypadku pielęgnacji dosłownie - to jednak lubię, jak goją się one szybko. I takie właśnie szybkie i pozytywne efekty uzyskuję dzięki The Ordinary. Dlatego od początku założyłam, że kolejne produkty będę kupować wymiennie, czyli dopiero kończąc jednak serum na dzień, kupię kolejne, kończąc kwas na noc, kupię kolejny, itd.
  
  
Swoją przygodę rozpoczęłam od kwasu mlekowego - Lactic Acid 10%. Długo zastanawiałam się nad wersją słabszą, gdyż nigdy nie miałam do czynienia z kwasami, jednak dałam się namówić. Początkowo, przez kilka pierwszych dni, byłam dość rozczarowana jego działaniem. Tyle czytałam o pieczeniu skóry, zaczerwienieniu, łuszczeniu, a u mnie nic takiego nie występowało, mimo że używałam go codziennie wieczorem. Powiedziałabym nawet, że bardziej działa nawilżająco, czego się po kwasie nie spodziewałam. Ale zaparłam się, żeby nie skreślać go od razu. I po kilku dniach, wchodząc rano do łazienki, doznałam olśnienia. Przyglądając się wiecznym czarnym wągrom na nosie stwierdziłam, że ich nie ma. Po wykonaniu makijażu także byłam pozytywnie zaskoczona, bo pory na policzkach, dotychczas wielkie kratery, były niemal jak dziurki zrobione igłą.
  
Drugim pozytywnym zaskoczeniem było rozjaśnienie cery (w szczególności wiecznie zaczerwienionych policzków, oraz wyrównanie koloru blizn potrądzikowych), oraz znaczna poprawa regulacji sebum w strefie T. Poradził sobie także z egzemą na brodzie, której dermatolog nie chciała leczyć ze względu na ciążę, a jej zalecenia do używania maści z witaminą A, nie dawały żadnych rezultatów. (zdj. 1 i 2 - zrobione po tygodniu używania kwasu mlekowego, zdj. 3 i 4 - zrobione po kolejnym miesiącu używania).
  
  
W szale radości pobiegłam robić kolejne zamówienie. Bo skoro tanie, i działa, to muszę mieć je wszystkie. Do kolejnego zamówienia namówiłam także brata, który od razu postanowił zaopatrzyć się w kilka produktów, ale ja postawiłam tylko na polecany wszem wobec Peeling solution AHA BHA. I tu również zaczęłam używać go z nadzieją, że zadziała tak spektakularnie jak na opiniach w internecie - jak zostawisz na dłużej niż 10 minut, to wyżre ci skórę. No to wieczorem mycie, nałożenie krwawego peelingu i hop do wanny. Z radością przyjęłam fakt, że podczas nakładania, skóra zaczęła mnie piec. Jednak uznałam, że rekomendowane przez producenta 10 minut wytrzymam, więc zerknęłam tylko szybko na zegarek... i o sprawie zapomniałam. Zorientowałam się, że peeling mam wciąż na twarzy po jakichś 25 minutach. Moja skóra jest pancerna - pomyślałam wtedy. Zmyłam go zimną wodą i zobaczyłam tylko lekko zaczerwienioną i przyjemnie gładką twarz. Ale gdy po kilku minutach burak zszedł, okazało się, że jest ona także niezwykle dobrze oczyszczona i jakby wyrównana. Peeling używałam kilka razy, co tydzień, zawsze na 15-20 minut, i zawsze jestem równie zadowolona z rezultatów.
  
  
Następny w kolejne był najsłynniejszy chyba na forach Buffet. Kupiłam go sobie jako prezent świąteczny od męża, bo samej trochę mi było żal pieniędzy. Jednak opinii w internecie dużo, a mi powoli odechciewało się wierzyć, że wszystkie produkty TO to taka magia. To by było zbyt idealne. A jednak... Od kiedy tylko dotarł do mnie, zakochałam sję w nim od pierwszego użycia. Głównie dlatego, że międzyczasie, jak moja skóra nabierała jednolitego koloru i przyjemnego nawilżenia dzięki zmianie pielęgnacji, mogłam pozwolić sobie na odrzucenie płynnych podkładów na rzecz sypkich minerałów. Buffet idealnie nadaje się jako baza pod nie, dzięki temu, że wklepany w wilgotną od hydrolatu twarz, po wchłonięciu pozostawia ją gładką i wyrównaną, ale jednocześnie ma delikatnie lepką warstwę, na którą przyjemnie i z pozytywnym efektem na długie godziny, "przyklejają" się minerały. A kiedy skóra wydaje mi się lekko przesuszona, dorzucam do Buffetu kropelkę oleju ze słodkich migdałów, i jest to dla mnie najlepszy zamiennik kremu pod makijaż (chociaż w koszyku zakupowym leży już Serum Natural Moisturizing Factors + HA, które mam zamiar używać właśnie jako krem na dzień!).
  
  
Buffetowi zawdzięczam także uporanie się z moimi spękanymi - zwłaszcza w sezonie grzewczym - ustami. Nakładam go na wargi codziennie rano i wieczorem pod balsam, i nareszcie mogę pozwolić sobie na używanie matowych pomadek nawet codziennie, bez obawy o wysuszanie, pękanie skóry i ostatecznie krwawienie. Ale największym pozytywnym doznaniem ze strony Buffetu jest to, że zmarszczki mimiczne (które były małe, ale jednak) przy nosie i wokół ust, są praktycznie niewidoczne, a głęboka pozioma zmarszczka na czole nie rzuca się już tak w oczy dzięki temu, że skóra jest napięta i zdecydowanie lepiej nawilżona. I to w zaledwie 3 tygodnie stosowania tego serum.
  
  
Jako że mój dotychczasowy tonik zaczął pokazywać dno, następnym zakupem był Glicolic Acid 7% Toning Solution. Dość długo zastanawiałam się, czy to dobry krok, a może za bardzo skatuję swoją - niby pancerną, ale jednak - skórę kolejnym kwasem, ale ostatecznie zakupiłam go jak tylko dostałam maila o dostępności w sklepie internetowym. I to był strzał w 10, zwłaszcza że moja broda i linia żuchwy zaczęły trochę obrywać od hormonów i jedzenia (koniec ciąży i chętki na wszystko, co niezdrowe). I to kolejny produkt, o którym mogę powiedzieć, że jest magiczny, bo zaledwie po 5 dniach (dokładniej nocach, bo używam go wieczorami) niemal zupełnie pozbył się większości zaskórników zamkniętych na brodzie i linii żuchwy. Po kolejnych dniach mogę śmiało powiedzieć, że moje policzki to już prawie nie mają rozszerzonych porów, więc największa walka pozostała z nosem.
Mimo, że moja kolekcja produktów The Ordinary jest bardzo mała, a przygoda z nimi trwa zaledwie 3 miesiące, to jestem pewna, że to własnie dzięki nim już nie muszę się codziennie malować, a czasem nawet tylko używam korektora i pudru (zdj. 5).
   
  
Jeśli chodzi o zabawne sytuacje związane z produktami TO, to miałam taką jedną, choć nie wiem na ile zabawna mogłaby być, gdybym się w porę nie zorientowała... Podczas wieczornej rutyny zagadałam się z bratem, zachwalając mu Buffet, który chciałam właśnie nałożyć na wargi. W ręce trzymałam też Peeling AHA/BHA. Odkręciłam pierwszą pipetę i już miałam ją przy ustach, ale spojrzałam w lustro i zastanowiło mnie przez chwilę, dlaczego ten Buffet jest czerwony...
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel